wtorek, 13 maja 2014

ROZDZIAŁ 9

I wtedy się zaczęło... Pijany Jake zaczął okładać mnie swoimi łapskami. Tsaa... okładać... gdyby mnie jeszcze nimi trafił. Patrzyłem litościwym wzrokiem na niego, tak około dziesięciu sekund. Gdy już się w końcu zmęczył, zarzuciło nim lekko. Wprost na kant szafki, ale na szczęście w porę go złapałem.
- I po co ci to było chłopie? - zapytałem z ironią w głosie.
- Bo ja nie pozwolę, żeby zamieszkała tu jakaś lafirynda, po tym jak zrobiłeś jej dziecko!!! - krzyknął wyswobadzając się z mojego uścisku - A co z Lau?! Z nią też będziesz miał dziecko, to ona powinna tu zamieszkać!!! Przecież tak bardzo ci na niej zależało! - krzyczał dalej wymachując energicznie rękoma.
- Ale to właśnie Lau będzie tu mieszkać, to ona jest tą dziewczyną!!! - warknąłem na niego. Chłopak zmrużył brwi i patrzył na mnie intensywnie. Pewnie jego zapity móżdżek nie ogarnia tego wszystkiego. Po chwili niepewności na jego ustach pojawił się szczery uśmiech.
-Lau? Tą dziewczyną jest Lau? Zostanę wujkiem? - majaczył z wielkim bananem na twarzy. Przewróciłem oczami. I właśnie w tym momencie podskoczyli do nas pozostali domownicy.
-Ale jak ty to sobie wyobrażasz? - syknęła Maia.
- Normalnie - odpowiedziałem spokojnie.
- Ale ty się na ojca nie nadajesz!!! - krzyknęła - Ten bachor zniszczy ci życie - powiedziała, a ja się porządnie wkurwiłem. Nie będzie mi szmata obrażać potomka!
- To nie jest bachor, tylko moje dziecko! Ile razy mam ci to powtarzać!!! - wykrzyczałem jej w twarz.
- Zamknij się Maia, Ja chcę być wujkiem!!! - dołączył się Jake, nadal szczerząc się z ogromnym uśmiechem.
- No właśnie! Ja też - dopowiedział Mike - A ty nie chcesz być ciocią?
- Nie, nie chcę!!! - wykrzyknęła i wybiegła z salonu, w którym się znajdowaliśmy.

*Oczami Lau*
Słyszałam same doniosłe wrzaski. A co jeśli przeze mnie wyrzucą Ross'a z domu? Co jeżeli wszyscy skończymy na ulicy? A co z dzieckiem...?
-Ty dziwko! Co ty tu jeszcze robisz!? - gwałtownie odwróciłam głowę w stronę, z której wydobywał się niesamowicie piskliwy i nieprzyjemny głos. Moim oczom ukazała się obca dziewczyna. Jej brązowe, pofalowane włosy opadały zmysłowo na ramiona. Oczy płynęły żywą kawą, a w nich dostrzegłam żarzące się iskierki. Nie radości czy miłości... tak jak u Ross'a. Tylko wściekłości, a wręcz furii. Zlękniona skuliłam się lekko, gdy zaczęła do mnie podchodzić. - Pytam się ciebie! Co ty tu jeszcze robisz?! Wypierdalaj stąd! - Darła się w nieba głosy. Przez moje zaszklone oczy już nic nie widziałam. Kompletnie.
- Zostaw ją w spokoju!!!! - nagle znikąd pojawił się Ross.
- Bo co?! - krzyczała dalej Maia.
- Bo to moja dziewczyna, i po drugie jest w ciąży i nie może się denerwować!!!! - Ross także krzyczał. Kiedy oni się kłócili mnie nagle zaczął boleć brzuch, ale oni tego nie zauważyli. Po chwili była tylko ciemność.

*Oczami Rossa*
Kłóciłem się z Maią, gdy nagle zaważyłem, że Lau leży na ziemi nieprzytomna. W moim gardle pojawiła się gula, przez co nie potrafiłem się wydrzeć na Maię, że to jej wina. A zresztą i tak już spieprzyła dziwka jedna. Bez słowa podbiegłem do Laury. Podłożyłem dłoń pod jej kark. Przyłożyłem głowę do jej klatki piersiowej, aby sprawdzić czyjej serce bije...Bije czyli żyje!! Tylko co ja mam teraz zrobić?! Przecież na motorze nie dam rady jej zawieść, a pogotowie do tej niebezpiecznej części miasta nie dojedzie. Nie ma bata.
-Stary...- usłyszałem głos Jake'e. Kiedy on się tu znalazł? -Zawiózłbym was, ale po pijaku raczej nie da rady... Ty weź mój samochód. - powiedział na jednym tchu rzucając we mnie kluczykami do swojego nowego audi. Spojrzałem na niego z wdzięcznością. Energicznie podniosłem się z klęczek i wziąłem Lau na ręce. Była leciutka niczym piórko, a wyglądała tak niewinnie...
- Nie martw się skarbie, zaraz będziesz w szpitalu, wszystko będzie dobrze - mówiłem do niej spokojnie kiedy byliśmy w drodze. Jednak moje serce waliło jak oszalałe, a ręce drżały z przerażenia. Co jeśli coś im się stanie!? Co jeśli mojej małej Lau i mojemu małemu słoneczku coś zagraża? Do jasnej cholery!! Dlaczego zawsze musi się coś stać?! Naprawdę mi na nich zależy. Jak na nikim innym... No nie wliczając Jake'a i Mike'a, bo Mai to nawet nie liczę do znajomych! Od dzisiaj jest dla mnie skończonym zerem! Nikim! Jak ona mogła tak potraktować Lau?! To ja zawsze dbałem o nią jak o siostrę i przygarnąłem, a ona tak mi się odwdzięcza! Nie rozumiem jej i nawet nie chcę!
Zanim zdążyłem się obejrzeć, dojechaliśmy na miejsce. Zaparkowałem niedaleko wejścia, po czym jak oszalały wyleciałem z samochodu. Podniosłem ostrożnie dziewczynę, leżącą na tylnych siedzeniach i wyjąłem z samochodu. Miała nadal zamknięte oczy...
-Ratujcie ją ktoś!! Niech ktoś pomoże!!!- darłem się biegnąc z dziewczyną na rękach przez korytarz pełen ludzi. Niespodziewanie zza zakrętu wyłonił się lekarz prowadzący ciążę Laury. Jak mu było... Gra... Gru...Gro... Grover! Tak, doktor Grover!
-Proszę pana!- zawołałem, aby mógł mnie zauważyć, jak i rozpoznać. -Doktorze Grover!! Tutaj!! - lekarz gdy tylko mnie ujrzał uśmiechnął się lekko. Lecz po chwili jego uśmiech znikł tak szybko, jak i się pojawił. Zakasał swój biały kitel i podbiegł do mnie.
-Co jej jest?! Coś ty jej zrobił?! - warknął na mnie zły, a jednocześnie zaspokojony stanem swojej młodej pacjentki. Ruchem ręki pokazał mi, że mam podążyć za nim. Szliśmy i szliśmy, a droga do jakiejkolwiek z sali dłużyła się i dłużyła. W końcu łysawy mężczyzna skręcił w stronę jednych z drzwi. Weszliśmy do środka jakiejś operacyjnej sali... chociaż sam nie wiem, nie znam się.
-Ja jej nic nie zrobiłem prze-pana! Nawet bym jej nie tknął! Po prostu pokłóciła się z jedną z moich... znajomych - zapewniałem go gorączkowo, kładąc delikatnie Laurę na pryczę. Ciało dziewczyny ani drgnęło. Po zrobieniu wszystkiego co w mojej mocy ukucnąłem obok brunetki i wziąłem jej malutką, kruchą oraz bladą dłoń w swoją. Lekarz w tym czasie zaczął gorączkowo robić wszystkie potrzebne badania. Co ja jej zrobiłem?! Mała miała całe życie przed sobą, a ja przez moje bezczelne i dziecinne zachcianki to wszystko spieprzyłem! Mogła mieć cudowne życie i się nim cieszyć! A ja to spieprzyłem...
-Spieprzyłem!!!- wściekły sam na siebie, ryknąłem na cały szpital waląc pięścią o lodowatą posadzkę. No i proszę! Moja chwila słabości nadeszła...łzy.. to ich się przez całe życie bałem najbardziej.
-Chłopie... będzie dobrze... zobaczysz...- czyj to głos? A co najważniejsze... czyja to ręka klepie mnie w pocieszającym geście po plecach?! Przecież doktor Grover stoi koło Lau i ją bada. Eee... jak on stoi tam... to kto stoi za mną?! Starłem słone łzy z policzków, po czym podniosłem się z klęczek. Spojrzałem na tą osobę... Mojej miny określić słowami na pewno się nie dało...



Hejka kochani, dzisiejszy rozdział napisała dla was Patata Ciastko:** Ja niestety nie mam weny :( Ostatnio mam dużo na głowie, i nie mam czasu :( Ale troszeczkę napisałam, ale jednak bardzo mało :( Proszę komentujcie :)
                                                                                              #Wiktoria Lynch#
Hejcia! Mam nadzieje że się podoba :D Mały poślizg... wiemy, ale tak jakoś wyszło.
Razem z pokemonem :* prosimy o komentarze :) Także... motywujcie nas kochani :D
Jakbyście mieli ochotę zapraszam :
http://story-of-two-amazing-people.blogspot.com/ 
                                                                                             Patata Ciastko:**


6 komentarzy:

  1. No rany! W takim momencie? Rozdział boski <3 Szybko dodawajcie następny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak można w taki momencie przerwać?!
    Odkryłam bloga niedawno ale jesi boski
    czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, jak mogłyście ?!
    No nic...
    Rozdział po prostu cudny. Czakam z ogromną niecierpliwością na next ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurd, czemu w takim momencie?
    Rozdział świetny.
    Czekam niecierpliwie na next.
    Zapraszam do mnie -> http://nic-nie-jest-wiadomo-r5laurainni.blogspot.com/
    <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział wyszedł wam zarąbisty*.*
    Wy nie dobre wy! Urywać w takim momencie xD
    Lubicie trzymać w niepewności xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha :) Jesteście kochani, wiemy że taki moment, ale cóż życie kochani :)

    OdpowiedzUsuń